W COVID-zie złym!

Nieruchomości od zawsze budzą emocje. Są odporne na wiele czynników które determinują współczesną gospodarkę. Eksplorują aspekt ekonomii lepiej jak bieszczadzki bizon. Są niezniszczalne (nie mylić z niewyburzalne). Trwają od tysięcy lat, po grudzie czy nie, są z nami i walczą, także one o swój byt.

Mimo pandemii jesteśmy kuszeni pewnym zyskiem najmu na 10 czy 15 lat ze stałym zwrotem z inwestycji. Dlaczego i jak to możliwe? ,że właśnie mimo sytuacji wydawałoby się kryzysowej, nieruchomości pozostają niewzruszone. I czy aby na pewno tak jest?

Kryzys w roku 2008. Każdy słyszał każdy pewnie wie. Żeby podnieść się z popiołów, wystarczyło kilka lat. Kilka długich lat które każdemu mocno dały w kość kto pamięta ten czas. Obecnie mamy kryzys czy jednak hosse?

Dziś na co dzień widzimy klientów którzy próbują komunikować się w maseczkach nałożonych szczelniej lub mniej na twarz. Przypomina to trochę ograniczenie wprowadzane w jednej z religii bliskiego wschodu aby człowiek możliwie ckliwie egzystował we współczesnym świecie. To już abstrahując, zaskakujące jak prosty sposób ograniczyć swobodę komunikacji, wyrażania emocji. Może należałoby wprowadzić do instytucji notariusza na stałe nakaz noszenia maseczek, także poza obecnym czasem aby uniknąć stresu podczas zakupu/sprzedaży nieruchomości ?

Klienci obecnie często upatrują swoje szanse na ślepo. Szczególnie w internecie widać to wprost i dosłownie gołym okiem. Ludzie poniekąd dali wiarę w to, że kupiec znajdzie się na wszystko i wszędzie. I w zasadzie znakomita większość ma rację. Jest tak wszędzie poza rynkiem nieruchomości. Sprzedający wystrzelają się nawet z pełnego magazynka swojego Colta aby sprawdzić w sieci swoją ofertę czy a nóż widelec da się coś ustrzelić waląc na oślep cenami z kapelusza. A przecież nieruchomości to jedna z najbardziej stabilnych i pewnych inwestycji. Target kupca nieruchomości ustalany dziś jako bliżej nieokreślony. Bo ktoś na pewno się zgłosi! Esej wpompowany w ogłoszenie zamiast zapraszać do obejrzenia swojego nowego domu, raczej naraża potencjalnego kupca na skuteczną gimnastykę językiem polskim. I tu jeden z ostatnich cytatów wieszczy współczesnego świata online na jednym z portali ogłoszeniowych: „Gdyby nie potrzeba posiadania trzeciego pokoju (…), chyba nigdy bym się stąd nie wyprowadził, dlatego przy wyprowadzce możecie być Państwo narażeni na drastyczne sceny uronienia sentymentalnej łzy, lekkiego szlochu, tudzież zgrzytania zębami.”

Klient oczekuje konkretów, prostego przekazu. Stron świata. Wskazania powierzchni użytkowej. Stanu technicznego i prawnego nieruchomości. Nawet w epoce covid’a powinno być to standardem. Rynek często weryfikuje ten standard i informuje sprzedającego, często bardzo szybko o tym, że informacja lub oferta są mocno chybione.

Na koniec na pewno wypada wspomnieć o dziwnych zachowaniach które definiuje novum covida. Zwróciliście uwagę, że społeczeństwo jest jakieś poddenerwowane? Każdy jakby nosił ze sobą amulet strzępionego nerwa w kieszeni. Jeden fałszywy ruch i ambaras gotowy. W zasadzie w tej branży tak było od wieków. Bo stres, bo emocje, bo czynnik ludzki który towarzyszy każdej transakcji wymagają albo stalowych nerwów albo dobrego pośrednika który utrzyma je na wodzy po obu stronach transakcji. Dzisiaj mamy wrażenie, że pracy jest dwa razy więcej, nieruchomości coraz mniej, a rynek skacze nieraz lepiej jak nowojorska giełda. Jest wręcz nieprzewidywalny, a przynajmniej na taki wskazuje. Wytrawni gracze poczekają. Klienci zainteresowani ulokowaniem kapitału już nie. To dobrze. Koniunktura musi iść naprzód. Gospodarka na przełomie lat wcześniej lub później zawsze wychodziła z takich sytuacji obronną ręką. Podobnie będzie i teraz. Jedni stracą inni zyskają. Covid, będzie z nami już zawsze czy to fizycznie, czy w historii.